List do ludożerców

List do ludożerców

W literaturze polskiej odnajdziemy sporo przykładów utraty ludzkich cech przez powołanych do życia bohaterów prozy, poezji. Z reguły działo się tak w sytuacjach najtrudniejszych: podczas wojny, głodu, bezpośredniego zagrożenia życia. Wiersz Różewicza dotyczy zupełnie innej sytuacji – normalnego, codziennego życia bez żadnych zagrożeń. Właśnie w takich realiach poeta również dostrzegł zanik ludzkich uczuć. Tuż obok każdego z nas. Ludożerców spotyka się na ulicy, w tramwaju, pociągu, sklepie. Praktycznie są wszędzie. Może nawet ludożercami bywamy my sami, to my jesteśmy adresatami apostrofy Różewicza, który w tym przykładzie tak zwanej liryki roli przyjmuje pozę moralisty, niemal apostoła przemawiającego do grzeszników – bezpośrednio, nieraz w formie kategorycznej, rozkazującej, ale zawsze z przynajmniej lekką nutą ironii.

List do ludożerców to przede wszystkim wiersz o egoizmie, zapatrzeniu wyłącznie w siebie. Przy takiej postawie przestaje się widzieć innych ludzi, dostrzegać ich potrzeby, nie chce się nawet tolerować ich obecności wokół nas – cóż zatem mówić o życzliwości, współczuciu:

kochani ludożercy
poczekajcie chwilę
nie depczcie słabszych
nie zgrzytajcie zębami

Tymczasem człowiek jest istotą społeczną, musi zatem dostrzegać i problemy innych. Więzy społeczne mogą być oparte na wzajemnym zrozumieniu, udzielaniu sobie pomocy, ułatwianiu życia. Jest to jednak ideał, o który bardzo trudno, szczególnie w naszym kraju. Łatwiej zachować na co dzień chociaż minimum zasad międzyludzkiego współżycia: tolerowanie obecności innych, uszanowanie ich potrzeb. Jednak w utrzymanym w poetyce apelu utworze Różewicza niełatwo i o to:

Kochani ludożercy
nie patrzcie wilkiem
na człowieka
który pyta o wolne miejsce
w przedziale kolejowym

Ludzie z tego wiersza stale powtarzają, odmieniają przez wszystkie przypadki słowo ja. Ten skrajny egocentryzm tłumu prowadzi do sytuacji, w której w ogóle trudno zbiorowisko owych istot nazwać społecznością, tym bardziej, że każdy jest tam bliźniemu wilkiem. Liczy się tylko zaspokajanie własnych potrzeb – powiada podmiot wiersza przemawiający z pozycji sceptycznego nauczyciela i moralisty, który nie zachował nawet cienia wiary w to, że jego nauki zostaną wcielone w życie, który wie, że ludożercy i tak zrobią swoje. By zrealizować wspomniane cele, jesteśmy gotowi rozdeptać każdego napotkanego na drodze i nawet tego nie zauważymy. W rezultacie nie uznaje się innych za ludzi i sami przestajemy być ludźmi, bo o naszym człowieczeństwie decyduje stosunek do innych. To musi się zmienić:

nie zjadajmy się Dobrze
bo nie zmartwychwstaniemy
Naprawdę

Naturalnie nie chodzi tu o zmartwychwstanie w sensie czysto religijnym, lecz o rodzaj odrodzenia moralnego, powrotu do człowieczeństwa, poszanowania elementarnych zasad. Ludożercy z utrzymanego we właściwej Różewiczowi lekko ironicznej poetyce (jak wspomnieliśmy, to przykład tak zwanej liryki roli) wiersza mają jeszcze bardzo daleką drogę do podobnego zmartwychwstania. Obudzenia w sobie człowieczeństwa. Moralista z tego wiersza ma do ludzi stosunek ambiwalentny, kocha ich i zarazem brzydzi się ich postawami, jest przerażony „dzikością” dzieci dwudziestowiecznej cywilizacji, ich egoizmem, brakiem elementarnej wrażliwości, niezdolnością do współczucia, zwyczajnym, pleniącym się i codziennym chamstwem.